O autorze Kontakt Przeglądaj Księgę Gości Wpisz się do Księgi Gości
Nie

Po zawierusze wojennej Kisiel, jak każdy z tych którzy ocaleli próbował jakoś się odnaleźć. Odnalazł się najpierw w "Przekroju", jako korektor z prawem pisania. Później próbował dobijać się do redakcji "Odrodzenia" - nowo powstającego lewicowego pisma. Redaktor naczelny Karol Kuryluk miał jednak inne zdanie na temat twórczości redaktora Kisielewskiego. Wszelkie materiały wędrowały zazwyczaj w koszu. Odpowiedź była często podobna: "artykuł doskonały, ale drukować nie można, bo jest niesłuszny, chyba, żeby zmienić myśl główną na przeciwną". Czasem materiał był zbyt pesymistyczny, albo niejasny albo wymyślano całą rzeszę jeszcze innych powodów. W takiej sytuacji Kisiel mógł dojść tylko do jednego wniosku: kariery w "Odrodzeniu" zrobić się nie da. Pora więc była najwyższa aby powrócić do poprawiania przecinków i literówek w "Przekroju". Pewnie by i tak zostało jeszcze przez dłuższy czas, gdyby nie to, że przy kurii krakowskiej zaczęło powstawać nowe pismo: "Tygodnik Powszechny". Tak to czasem bywa, że to Los rządzący tzw. przypadkiem wydobywa z głębin geniusza. Kisiel znalazł się więc w "Tygodniku" wraz z całą rzeszą ludzi o tak różnych poglądach jak Leopold Tyrmand, Zbigniew Herbert, Jerzy Turowicz czy Antoni Gołubiew i Stanisław Stomma. Kisielewskiemu - zgodnie z dotychczasową tradycją odstąpiono działkę muzyczną. On sam szybko jednak odstąpił od pisania recenzji i zajął się polityką. Dalej wszystko poleciało już jak kostki domina. Jak swoiste motto publicystyki Kisiela brzmi fakt, że już pierwszy "niemuzyczny" jego tekst opatrzono notatką "Redakcja nie podziela wszystkich poglądów autora" (warto nadmienić, iż był to materiał, który wcześniej został odrzucony przez "Odrodzenie"). Czytelnicy musieli się już potem zżyć z tą formułką. Można by pewnie rzec, iż Kisielewski wcale nie musiał podpisywać swoich tekstów. Wystarczył rzut oka na dopisek redakcyjny, a wiadomo kto mógł być autorem tekstu, od którego redakcja odżegnywała się rękami i nogami.

Ale pisanie o polityce to nie wszystko. Kisiel chciał działać. No bo po co uprawiać politykę tylko teoretycznie, nie próbując wprowadzić tego w życie? Toż to zwykłe gadanie po próżnicy. Myślał więc aby wstąpić do Stronnictwa Pracy, chadeckiego ugrupowania, którym próbował kierować Karol Popiel. Niestety sytuacja w SP nie wyglądała najciekawiej. Komuniści preferujący tylko własne, licencjonowane ugrupowania nie tolerowali konkurencji. Skończyło się tylko na dobrych chęciach. Pojawiła się jednak propozycja ze strony podziemia. "Wolność i Niezawisłość" zauważyło Kisielewskiego i jako dziennikarzowi, stykającemu się z różnymi, ciekawymi osobami, zaproponowano pisanie raportów na użytek WiN-u. Kisiel skorzystał z zaproszenia. Napisał raport, przekazując w nim to co usłyszał podczas kawiarnianych spotkań i z ulicznych plotek. Po tygodniu spotkał się z wysłannikiem podziemia, który trzymając w ręku raport Kisiela skrzętnie zakrywał odręczny dopisek poczyniony na końcu. Kiedy niedoszłemu konspiratorowi udało się w końcu podejrzeć co tam jest napisane ujrzał krótkie ale dosadne sformułowanie: "do dupy". W ten sposób kariera antyreżimowego spiskowca legła w gruzach. Kisiel chcąc nie chcąc musiał powrócić do uprawiania teorii. Ale powrócił do tego chyba bez żalu, bo niespecjalnie wierzył w szanse i sens istnienia zbrojnego podziemia. Jego natura dopinała się o znalezienie sobie jakiejś niszy, w której mógłby działać tak jak uważał za stosowne. Z pewnością ktoś mógłby oburzyć się na takie podejście i pewnie w jakimś stopniu miałby rację, lecz nie jest trudno zauważyć, że gdybyśmy mieli Kisiela - współpracownika WiN-u to raczej nie mielibyśmy Kisiela - publicysty, a za to odwiedzalibyśmy którąś z anonimowych mogił zamordowanych żołnierzy WiN. Coś za coś. Los rzadko kiedy dopuszcza do narodzin idealnych bohaterów. Kisielowi była pisana inna sława.

Propozycję złożył też publicyście sam Bolesław Piasecki. Kisielewski opublikował co prawda na łamach PAX-owskiego "Dziś i Jutro" parę artykułów, lecz przystąpienia do grupy odmówił. Nie akceptował taktyki Piaseckigo, czyli przyzwolenia na skomunizowanie Polski. Co ciekawe, Kisiel bronił często przywódcy PAX-u, mimo znacznych różnicy jakie między nimi dwoma występowały. Nie zerwał z nim kontaktów nawet wówczas, gdy grupa Piaseckiego już w sposób oczywisty zerwała z Kościołem i z Prymasem. To było jednak typowe dla Kisiela. Bardzo często, mimo ostrych polemik ze swoimi ideologicznymi przeciwnikami, daleko mu było do tego aby nie podawać im ręki tylko dlatego że się z nimi nie zgadza. Często za to bywało odwrotnie. Obrażali się na niego śmiertelnie ci, których ostro krytykował. Jak pisał Piotr Wierzbicki: "żaden z jego przyjaciół czy znajomków nie mógł być pewien, czy nie oberwie i to w druku od Kisiela. Ale też każdy z jego negatywnych bohaterów miał szansę pójść z Kisielem na wódkę. On lubił nawet swoich byłych osobistych dręczycieli". Niestety zarówno wrogowie, ani nawet przyjaciele nie spieszyli się aby taką postawę zrozumieć. Doskonale ujął to Mariusz Urbanek pisząc o Kisielu, iż "żądał dla siebie prawa do spierania się z przyjaciółmi, ale odmawiał wszystkim, którzy chcieliby nawet najbardziej gwałtowną krytykę wykorzystać przeciwko tym przyjaciołom".

Kisiel nie znosił cenzury. Nie mógł wobec tego wybaczyć "Tygodnikowi", iż ten dobrowolnie nałożył sobie kaganiec. Sam twierdził, że należy pisać jak najostrzej, bo wtedy zaczyna się z wysokiego pułapu, a że cenzura będzie się z czasem zaostrzać to przynajmniej teraz więcej przejdzie przez jej sito. Tak też się stało. Przez pierwszy okres publicystyki i swobodnego obnażania absurdów marksizmu zaczęły się konfiskaty felietonów. Coraz trudniej było pisać. Ale Kisiel uzyskał przynajmniej tyle, że wcześniej "coś przeszło" w przeciwieństwie do całej rzeszy publicystów, którzy na własne pióra nałożyli sobie kaganiec zgodnie z regułą, żeby nie podskakiwać, bo się mocno dostanie. Kisiel jednak walczył. Po pewnym okresie szarpaniny o własne teksty stwierdził, iż pisać już się nie da. Ktoś kto jednak łyknął już bakcyla publicystyki tak szybko się nie wycofuje. Po kilkumiesięcznym okresie złożenia broni, Kisielewski podniósł ponownie swą szabelkę, zmienił nadtytuł z "Pod włos" na "Łopatą do głowy" i rozpoczął walkę znów.

Jednak skoro się walczy to siłą rzeczy odnosi się i rany. Pod koniec 1946 r. wydano drukiem powieść "Sprzysiężenie". Nad głową autora rozpętała się burza z piorunami godnymi samego Zeusa. Kisielowi zarzucono uprawianie pornografii. Redakcja "Tygodnika", piórem Antoniego Gołubiewa zmyła głowę Kisielowi uznając książkę, za "szkodliwą społecznie". Przestały się ukazywać felietony a autora wysłano na urlop "aby uspokoić wzburzoną wyobraźnię - zimne natryski, gimnastyka, na czczo czytanie Zawieyskiego" - nabijał się Kisielewski po latach. Wówczas jednak nie było mu do śmiechu. Odcięto go zupełnie od wszelkich możliwości obrony. Nie miał gdzie się wypowiedzieć a dobił go jeszcze Jan Kott, publicysta supermarskistowskiej "Kuźnicy", który bezczelną recenzją pod dużo mówiącym tytułem "Niespodziewany sojusznik" pochwalił Kisiela za to, za co krytykowali go znajomi, czyli za "skompromitowanie" legendy września 1939, cynizm, ośmieszenie przedwojennej inteligencji itp. Kisielewski zarzucił Kottowi szantaż polityczny. Ten jednak bez namysłu odparował, że napisał dokładnie to samo co np. Gołubiew, tyle tylko, że im się to nie spodobało a jemu tak. "Tygodnik" dobił sytuację piórem Jerzego Turowicza piszącego, iż dzieło Kisiela jest nie jest katolickie a wręcz "pogańskie, niemal antykatolickie". Artykuł miał być podobno swoistą obroną przez atak, czyli próbą wyciągnięcia Kisiela z publicystycznego niebytu. Czy to dzięki temu Kisiel mógł wrócić w końcu po trzech miesiącach do pisania? Mogło tak być, ale trudno nie zauważyć, że postąpiono z nim bardzo brzydko (mówiąc delikatnie). Zebranie srogich i niezasłużonych batów od swoich, nie należy do przyjemności. Do pisania jednak wrócił.

Nie byłby jednak sobą gdyby nie zrobił wkrótce czegoś niezwykłego. Wraz ze Zbigniewem Mehofferem założył Partię Wariatów Liberałów. Program był prosty: "Jak przyjdzie właściwy moment, weźmiemy Polskę za mordę i wprowadzimy liberalizm. A kto nie zechce – trafi do obozu". Nie spodobało się to ks. Janowi Piwowarczykowi (nazywanemu często "czerwonym prałatem" - ale nie ze względu na sympatie dla komunizmu, którego nie znosił, ale raczej z powodu ciągot ku gospodarczemu socjalizmowi). Zarzucił obydwu, że chcą ożenić liberalizm z katolicyzmem, odrzucając chrześcijańską moralność. Dyskusja trwała parę dobrych tygodni. Nikomu nie przyznano laurów zwycięzcy. Trzeba jednak zaznaczyć, iż spór o liberalizm wcale nie zepsuł stosunków między Kisielem a ks. Piwowarczykiem. Obydwaj cenili się bardzo, co pokazuje, że można się ze sobą nie zgadzać i równocześnie wcale się wzajemnie nie potępiać. Chyba na tym właśnie polega wielkość.

Tymczasem, rzeczywistość PRL-u stawała się coraz bardziej ponura. Pokazowe procesy albo wyroki wykonywane bez procesów to prawie codzienność. Prześladowanie Kościoła, aresztowani księża - reżim pokazywał na co go stać. Kisielowi tymczasem wielu wyrzucało, że nie spotkały go prześladowania, że nie wycierpiał tyle co inni. Przecież stalinizm uśmiercał za przewinienia znacznie mniejsze niż krytyka Kisiela. Mariusz Urbanek zauważa jednak słusznie, iż "Kisielewskiego chroniło najprawdopodobniej to, że działał jawnie. Nawet tyrani muszą czasem cierpieć drwiny błaznów, gdyż prześladując ich mogą jedynie narazić się na śmiech pokoleń". Kisiel natomiast twierdził, że po prostu przyzwyczajono się do niego. Zadziałała bowiem prosta zasada, że "jedyny pewny sposób na pluskwy to polubić je". Sam określił siebie mianem "pluskwy nietykalnej". Granicę tolerancji łatwo jednak było przekroczyć. Jak długo można bowiem znosić publicystę, który w mrocznym PRL-u pisze, że "być Polakiem to rzecz wielce trudna, przestać nim być - nie sposób". W okresie mody na sowietyzm takie słowa nie mogły się podobać.

Czarne chmury nadeszły wraz ze śmiercią Józefa Wisarionowicza Stalina w 1953 r. Władze zażądały od "Tygodnika" wydrukowania hymnu pochwalnego na cześć zmarłego wodza. Redakcja nie chciała. Gotowa byłą zgodzić się nawet na wydrukowanie oficjalnego komunikatu władz, ale od pisma żądano więcej. Jerzy Turowicz i Stomma wyszli nawet z pomysłem, że odejdą z redakcji, aby ratować pismo. Kisiel odsunął się już wcześniej. Nie pomogło. Pismo zamknięto a później oddano PAX-owi. 12 lipca 1953 wydano już całkiem nowe pismo z Janem Dobraczyńskim na czele. Kisiel został bez pracy a utrzymać się trzeba było z czegoś. Powrócił do swojej starej pasji - do muzyki. Zaproponowano mu nawet (nie całkiem serio) zorganizowanie orkiestry w zakładzie dla umysłowo chorych, by sprawdzić wpływ muzyki na pacjentów. Gdy odmówił, usłyszał żart, który zabrzmiał jak proroctwo: "Ostrzegam, że jest to ostatnia propozycja, jaką Polska Ludowa może Panu złożyć". Na szczęście skromną pensję przynosiła żona, której "po cichu" znaleziono zatrudnienie w Państwowym Wydawnictwie Muzycznym. Sam Kisiel anonimowo opracowywał dla radia muzykę ludową i udzielał lekcji muzyki. No i wreszcie komponował. Stworzył "Małą uwerturę" i "Symfonię na 15 wykonawców". Jak żart brzmi po latach fakt, że Polska Ludowa uhonorowała go za to nagrodą i to dubeltowo bo w roku 1955 i w 1956. Nie mogąc publikować Kisiel popadł w jeszcze większy pesymizm niż zazwyczaj. W rozmowie z Tyrmandem stwierdził nawet, że komunizm musi wygrać, bo jest bezwzględny i przebiegły. Trudno zresztą było o inne nastroje w sytuacji, kiedy władza ludowa założyła ludowi kneble skuteczniejsze niż kiedykolwiek dotąd. Prymas był uwięziony a Katowice były już Stalinogrodem.

Okres mówienia "NIE" definitywnie się zakończył.

Tomasz Brzustowski